Moje konto: Zaloguj
| Odwiedzin: | 257732 |
| Komentarzy: | 4385 |
| Założony: | 30 czerwca 2011 |
| Ostatni wpis: | 15 maja 2012 |
Masa ciała
Maturzysta, omawiając "Tango" Mrożka:
- ... no, a babcia leżała na PIERDESTALE ...
Komisja, powstrzymując się od parsknięcia śmiechem:
- Chyba nie na pierdestale, tylko na katafalku.
- Ależ nie, - upiera się uczeń - leżała na pierdestale, a w katafalk ... była ubrana.
Kibicowałam wczoraj maturzystom zdającym polski. Stres ścinał białko w komórkach, bo to pierwszy ustny w ich życiu. Pomagałam przetrwać masakryczne czekanie pod salą, kiedy czas ma konsystencję asfaltu.
Ogłoszenie wyników. Wychodzi dziewczę, buzia roześmiana:
- Zdałam!
- Ile miałaś punktów?
- Sześć. To moja pierwsza szóstka w liceum! - zarżała ze szczęścia.
________________________________
P.S. dla niewtajemniczonych: sześć to minimalna ilość punktów, jaką można uzyskać z puli dwudziestu, aby zdać maturę.
Alcia robi cytrynową galaretkę na deser i przy okazji studiuje opakowanie firmy Gellwe.
- O, przepis na wesołe galaretki! Z procentami ...
Czyta dalej, a po chwili:
- E, łatwizna ... i podobne do pijanych miśków Haribo.
- Pijanych miśków? - pyta rodzicielska ciemnota.
- No. Bierzesz miśka, chlup do wódki, a on robi się grubiutki.
- Skąd wiesz? - pyta rodzicielska czujność.
- Wcale nie wiem! - uspokaja Alcia.
Lecz natychmiast dorzuca, parskając śmiechem:
- Ale niedobre są ...
- Masz dwie możliwości, żeby schudnąć: albo robisz 500 brzuszków co godzina, albo przestajesz łykać jak wygłodzona orka. Który wariant właśnie realizujesz? - spytał mnie syn, patrząc wymownie na KOLEJNĄ miseczkę lodów orzechowych, niknącą w czeluściach mego coraz bardziej przepastnego ciała.
Pomyślałam: Nikt tak ci nie wyrąbie prawdy w oczy jak własne dziecko.
- Tato, gdzie idziesz?
- Na dach, nastawić talerz anteny na odpowiedniego satelitę.
- A po co ci ten kompas?
- Żebym mógł znaleźć drogę do domu 
Pomyślałam: Kiedy ja znajdę drogę do siebie? Gdzie ten cholerny kompas, który zgubiłam w okolicach Gwiazdki? Może któraś z Was znalazła?
Córeczka mojego kolegi ma rok i trzy miesiące i jeszcze nie chodzi samodzielnie. Lekarz pierwszego kontaktu zasugerował Jackowi, żeby udał się w tej sprawie z dzieckiem do psychologa. Ponieważ facet jest doświadczonym człowiekiem, ale niedoświadczonym rodzicem, dał się zwariować i poszedł.
Młoda pani psycholog nagłym ruchem rozsypała przed dzieckiem koraliki:
- No, pobaw się, Kotku - zachęca, widząc, że mała odruchowo cofnęła się w ramiona ojca i nie zamierza wychylić nosa z bezpiecznej kryjówki.
Jacek usiłuje zainteresować córkę koralikami, ale bezskutecznie. Pani wyrokuje:
- Oj niedobrze, niedobrze. Już powinna chwytać małe przedmioty zgiętym kciukiem i palcem wskazującym.
- Widocznie nie jest zainteresowana - Jacek broni honoru rodziny. - Mała widzi koraliki po raz pierwszy w życiu! Przecież we wszystkich książkach piszą, by chować przed niemowlętami małe przedmioty. To o niczym nie świadczy! - naburmusza się po męsku.
Psycholog uśmiecha się ironicznie. Kolega zaciska zęby.
Dziecko zaczyna się ciekawie rozglądać po gabinecie. Pani, tym razem łagodnie, stawia przed dziewczynką szklankę z wodą. Do szklanki wkłada łyżeczkę. Dziecko dotyka łyżeczki palcem.
- Nie miesza - stwierdza pani z odcieniem satysfakcji.
- Nie miesza, no i co z tego?
- Powinna mieszać - rzuca stanowczo.
- Jak to powinna!?
- Dzieci w tym wieku posługują się łyżeczką. Zwykle mieszają.
- Dzieci w tym wieku uczą się przez naśladowanie, prawda? - Jacek jest wściekły i logiczny.
- Prawda.
- Ani żona, ani ja nie mieszamy, bo w ogóle nie słodzimy napojów. Skąd niby córka miała się tego nauczyć?
Pani psycholog nerwowo mruga oczami.
- Czy pan jest zawsze taki ... - gryzie się w język i zmienia temat. - Pozwoli pan, że zmienię temat: czy był pan już kiedyś u psychologa?
- Z małą?
- Niekoniecznie ...
Ostatnie trzy tygodnie nie należały do całuśnych, ale są już za mną. Wyprawiłam moich maturzystów w świat. Były łzy, prezenty i były kwiaty, niektóre podane tak:

Albo jeszcze fajniej tak:

(autorka kompozycji zdaje na ASP)
A teraz pokażę Wam najsłodszy prezent:

Pomysł - miodzio! Palce lizać! Zwłaszcza, że zawartość słoiczków REWELACYJNA!!! - wiem, bo już zeżarłam miód najciemniejszy, gryczany, a teraz jestem w połowie tego środkowego, niemal białego.
Taaaak, no wiem, ile to kalorii. Nie sykajcie znacząco! Przecież już do Was wróciłam i już biorę się za siebie. Oki? Od teraz, nie od jutra! I tak jestem zadowolona z siebie, bo zwykle w ciągu roku szkolnego przybywa mi 10 kg, a tym razem tylko małe cuś około pięciu. Cofam pasek i - do roboty! - recytując pod nosem na przemian dwie fraszki Sztaudyngera:
Cierpliwość trzeba mieć anielską
Ażeby znosić własne cielsko.
oraz
Tak przezwyciężam własne cielsko,
Że je traktuję przyjacielsko.
Miłego dnia!
Odkąd schudłam, ciągle dygoczę z zimna. Mój syn nawet w największe mrozy chodzi rozgogolony. Najchętniej wcisnęłabym go operacyjnie w kalesony na misiu, ale powtarzam tylko w kółko:
- Synu, zapnij się, bo jak na ciebie patrzę, to MI robi się zimno.
Dzisiaj kwietniowe słońce, ale temperatura przecież tylko ciut powyżej zera. Kacper wyskakuje z domu w samej bluzie, no załamka! Biorę kurtkę do samochodu, puszczam smrodek dydaktyczny na pełny regulator. Syn, zrezygnowany, bierze kurtkę POD PACHĘ i wchodzi do naszego nieogrzewanego kościoła. Siedzimy w ławce - Kacper kładzie kurtkę na kolanach i, szeleszcząc, pracowicie zasuwa suwak aż do końca.
- Co robisz?! - szepczę karcąco.
- Zapinam, żeby ci nie było zimno.
O, kurka!
To dziś - moja córka:

A taka była pocieszna wiewiórka:
http://www.youtube.com/watch?v=M8c7RmWw_FI&feature=youtu.be
Czuję się jak stara rurka ...
Siedzimy w knajpie po projekcji filmu "Sztuka wolności" obejrzanego w ramach Warszawskiego Przeglądu Filmów Górskich. Ryczące czterdziestki wymieniają uwagi na temat muskulatury polskich himalaistów:
- He, he, Kukuczka taki tłuścioszek raczej...
- Nie bez powodu miał ksywkę "Inżynier Golonka".
- Za to Wojtek Kurtyka faaaajny. Wygląda jak taki zasuszony mnich z klasztoru Shaolin.
- I jaki ma kaloryferek na brzuchu - koleżanka cmoka z zachwytu.
- Ja też mam kaloryferek - obrusza się jej okrąglutki mąż. - Tylko ... taki mocno zabudowany.
Kuba i Bartek z diablikami w oczach zadają mi kontrolne pytanie:
- Czy pani profesor wie, kto to jest Vasco da Gama?
- Raczej: był. Żeglarz.
- No właśnie, a nasza szkolna pielęgniarka nie wie! - chłopaki zaczynają chichotać.
- Kuba powiedział jej, że tak się nazywa, a ona ... chi, chi ... to nazwisko wpisała do księgi przyjęć.
- Tylko przy "da" trochę się zawahała, rozumie pani! - rechoczą na całego.
"To już ostatnie roczniki drwią w ten sposób - pomyślałam sobie. - Po przyszłorocznej reformie oświaty szkolne pielęgniarki będą miały spokój."